Październikowe rekomendacje „Kina za rogiem ZCK”
W październiku zapraszamy na seanse filmowe do „Kina za rogiem ZCK” w piątki i soboty. W piątki o godzinie 17 – tej przygotowaliśmy repertuar dla dzieci i rodzin, i tak 7 października zapraszamy na film animowany dla dzieci od 7 roku życia pod tytułem „W 80 dni dookoła świata”.
Film opowiada o sympatycznym małpiszonie - obieżyświacie, który marzy o wielkich przygodach i dalekich podróżach, na co dzień jednak słucha mamy, chodzi do szkoły i generalnie wiedzie raczej spokojne życie. Wszystko odmieni jednak spotkanie z nieco postrzeloną żabą o imieniu Phileas, która zaproponuje Obieżyświatowi udział w szalonym zakładzie: jeśli uda im się objechać świat w 80 dni, zgarną pokaźną nagrodę i zyskają sławę. Mimo kategorycznego sprzeciwu mamy młody małpiszon wyrusza wraz z Phileasem w podróż pełną wyzwań i niebezpieczeństw.
14 października o 17 – tej wyświetlimy film „Misiek. Ekipa na wakacjach”. Jest to produkcja animowana przeznaczona również dla dzieci od 7 roku życia. O czy jest film ?
Zmęczony obowiązkami króla polarnego, Misiek postanawia zrobić sobie wolne i poświęcić więcej czasu rodzinie. Niestety ktoś wykorzystuje urlop władcy i kradnie mu koronę – symbol jego władzy, bez której Misiek nie może sprawować rządów i narazi poddanych na wielkie niebezpieczeństwo. Kiedy katastrofa wisi na włosku, pojawia się wskazówka mówiąca, że korona mogła zostać wywieziona do Chin. Aby ją odzyskać, Misiek, jego rodzina i przyjaciele – pod pozorem wspólnych wakacji – udają się do Azji. Na miejscu odkrywają, że zaginiony przedmiot został ukryty w największym parku rozrywki na świecie.
21 października zapraszamy jak zwykle o 17 – tej w piątek dzieci. Tym razem będzie to komedia pod tytułem „Potworna rodzinka”.
Fabuła filmu skupia się na Emmie Sielskiej – matce i żonie, która wraz z rodziną wiedzie bardzo przeciętne życie. By zorganizować miły wspólny czas, Emma proponuje domownikom udział w balu przebierańców. Wszyscy przywdziewają zatem kostiumy: mumii, wilkołaka, wampira i Frankensteina. Pech chciał, że na skutek klątwy Sielscy faktycznie zmienili się w potwory. Ich głównym celem stanie się odwrócenie zaklęcia i powrót do normalnego życia.
Dodam tylko, że jeśli ktoś wybierze się na piątkowy seans „Potwornej rodzinki”, to powinien zarezerwować sobie 29 października (w sobotę) czas na godzinę 15 – ta, bowiem wtedy wyświetlimy calszy ciąg perypetii Emmy Sielskiej w filmie „Potworna rodzinka 2”.
28 października zapraszamy na ostatni piątkowy seans dla dzieci, a będzie to film „Rycerz Blaszka. Pogromca smoków”.
Krainą Zardzezii zamieszkaną przez rozmaite blaszane stworki rządzi sympatyczny, jowialny król Grzałka, który raz na jakiś czas urządza turnieje rycerskie. Bierze w nich udział rycerz Blaszka, uroczy niezdara i pechowiec, który marzy o tym, żeby kiedyś wreszcie pokonać niepokonanego księcia Chroma. I kiedy wreszcie udaje mu się to osiągnąć, na skutek nieporozumienia traci nagrodę, zamek i tytuł rycerza. Jest jeden sposób, żeby odzyskać dawne życie: Blaszka musi przynieść królowi głowę smoka… a przy okazji uratować królestwo zagrożone niepohamowaną żądzą władzy złego księcia Chroma. Urocza opowieść o tym, że nie ma rzeczy niemożliwych dla kogoś, kto w potrzebie może liczyć na oddanych przyjaciół.
To by było na tyle, jeśli chodzi o październikowe, piątkowe rekomendacje „Kina za rogiem ZCK”. W następnym artykule napiszę o propozycjach piątkowych w październiku adresowanych do dorosłej widowni.
Kazimierz Dudzik
Dzieciaki się spisały na schwał
"Scena Jordana" to kolejny z wielu projektów grantowych zrealizowanych przez Stowarzyszenie "Klucz". Dzięki temu że projekt dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury, powstał spektakl "Poezja patriotyzmu" w którym zagrali najmłodsi członkowie Studia Form Teatralnych "Scena Jordana." Spektakl wyreżyserowała Halina Machel, muzykę napisał Marcin Korbut, a w realizację projektu włączyli się również rodzice aktorów oraz pracownicy Zakliczyńskiego Centrum Kultury.
Kiedy skończyłem pisać scenariusz do spektaklu "Poezja patriotyzmu" i zobaczyłem plon mojej pracy, zastanawiałem się nad tym jak z, co tu dużo pisać, trudnym zadaniem poradzą sobie dzieciaki.
Projekt co prawda pochodzi z programu ministerialnego pod tytułem "Wydarzenia artystyczne dla dzieci i młodzieży" ale temat dotyczył patriotyzmu, który jest pojęciem powszechnie, szczególnie dzisiaj, odmienianym na różne sposoby, co jednakże w różny sposób definiowany.
„Jakim być powinien prawdziwy patriota? Prawdziwy patriota o dobro powszechne jedynie dbały, wszystkie prywatne interesu względy temu zamiarowi poświęca, w nim korzyść, w nim chwałę, w nim ukontentowanie swoje mieści i na dokup powszechnego uszczęśliwienia ani życia, ani majątku, ani trudów nie żałuje.
A jakim fałszywy patriota? Bez żadnej z tych cnót, w którym powierzchowność okazywać się usiłuje dla pewniejszego ludzi zwodzenia; pod tym ujmującym pozorem ukrywa ambicje, miłość własną, własny interes. Tym jest zdradliwszą zasłoną hipokryzji, obłudy, nieszczerości, albo udawania cnót, im trudniejszą jest do przeniknienia”
Cóż więcej można dodać do definicji patrioty umieszczonej w Katechizmie rycerskim napisanym przez Adama Kazimierza Czartoryskiego w 1774 roku?
Miało być dla dzieciaków i ze świata dziecięcego, więc przemyśleń mądrych Polaków, była poezja Jana Brzechwy i Władysława Bełzy i nawet Czesława Janczarskiego, ale też były wiersze Marii Konopnickiej, Cypriana Kamila Norwida czy Antoniego Słonimskiego. Rzecz jasna nie mogłem sobie odmówić popularyzacji zasłużonego, choć mało znanego prekursora romantyzmu z Królówki i Rajbrotu – Kazimierza Brodzińskiego.
Zatem nie może dziwić, że bardziej w sztuce położony został akcent na definicję "patriotyzmu lokalnego", wszak ów jest podstawą do rozmyślania nad patriotyzmem jako takim.
Było trudno, ale artystyczno - edukacyjnie i o to w tym wszystkim chodziło przecież. Sądząc zaś po reakcji niezbyt licznej, ale za to artystycznie wyrobionej widowni, dzieciaki spisały się na schwał.
Mam nadzieję, że dzieciaki ze "Sceny Jordana" pokażą jeszcze nie raz ten spektakl, bo w czwartkowy wieczór premiery, frekwencja przegrała ze szkolną wywiadówką. Pewnym pocieszeniem niech będzie fakt, że w ramach projektu spektakl został zarejestrowany i niebawem ukaże się na kanale filmowym Zakliczyńskiego Centrum Kultury na You Tube.
Tymczasem kłaniam się nisko młodym aktorkom i aktorowi, reżyserce i wszystkim, którzy poradzili sobie z realizacją tego trudnego, ale tuszę, inspirującego projektu teatralnego.
Tekst: Kazimierz Dudzik, foto: Stanisław Kusiak
Zobaczyłem idąc "Miedzą"
Jest 17 września 2022 roku. Pogoda jak późną jesienią, choć to jeszcze przecież lato. Na drugim końcu Polski w Nowym Świecie, elita naszego kraju otwiera kanał przez Mierzeję Wiślaną, zaplanowany na ten dzień, dzień agresji ZSRR na Polskę 83 lata temu. Tutaj w Lusławicach o godzinie 16 – tej z gospodarstwa Państwa Lucyny i Jana Zelków rozpoczyna się zwiedzanie
wystawy "Miedzą". Tą wystawę spacerową wymyśliła utalentowana córka Zelków – Patrycja, a wsparli ją organizacyjnie pod względem artystycznym, w tym kolejnym arcyciekawym projekcie, Karolina Łukawska i Andrzej Baziak. Do projektu przystąpili: Sylwia Aniszewska, Andrzej Baziak, Urszula Bojenko, Cyprian Cendrowicz, Jacek Dudek, Natalia Grabko, Agata Jarosławiec, Justyna Klecha, Dorota Kozłowska, Grzegorz Kumorek, Stanisław Kusiak, Karolina Łukawska, Małgorzata Mycek, Natalia Tkaczyk, Szymon Wal, Damian Wróbel i rzecz jasna - Patrycja Zelek.
Oprócz autorów wystawy i rodziców Patrycji, całkiem spore grono gości, wśród nich m.in. sołtys Lusławic Anna Czermak pojawiło się na starcie wystawy spacerowej w zabudowaniach gospodarstwa rolnego.
Prace zostały powstały na resztkach materiału z którego wykonywane są banery – autorka tłumaczy genezę swoich prac. Stamtąd ruszamy przez lokalną drogę w pola, pastwiska aż po lusławicki park i dwór Krzysztofa Pendereckiego. Po przekroczeniu pierwszej miedzy napotykamy żurawie w locie. Autor krótko mówi o inspiracji i dodaje, że każdy może sobie wyobrazić co zechce – no więc sobie swoją wyobraźnię uruchamiam, tym bardziej, że kolejne instalacje i ich autorzy do tego znów zachęcają. Coś spiralnego porusza się w kępie krzewów wystających wokół pastwiska, dalej znane starszym mieszkańcom wsi ostrewki, ale takie kolorowe, wielobarwne i z daleka widoczne.
Przy stawie na brzózce wisi artystyczna imitacja kapliczki przydrożnej, a nieco dalej bieli się wierzba z powieszoną łopatką do zakopywania smuteczków u stóp oczywistego, ale jednak tajemniczego drzewa. Wcześniej mijamy instalację nazwaną przez jej autora ucieczką. Po czym po kilkudziesięciu krokach ukazuje się nam namiot, z którego pobrzmiewają niespójne melodycznie dźwięki, a wiszące na krawędziach namiotu pamiątki z podróży po świecie dodają tej instalacji pewnego metafizycznego rytu. Kolejna przekroczona miedza pozwala zwiedzającym wejść na kukurydziane pole i zobaczyć najpierw przywołany za pomocą glinianych brył ulepionych w konstrukt, ukazujący obraz wsi polskiej pamiętany jeszcze w pierwszej połowie XX wieku, a potem coś co wydaje się abstrakcyjną łatką na kukurydzianym polu, czyli skrawek pięknie przyciętego trawnika. Nic nie powiem, bo to tajemnica – mówi autorka – to pierwsza część mojej instalacji, zakończenie znajdziecie i innym miejscu.
Zbliżamy się do parku dworskiego w Lusławicach urządzonego przez Krzysztofa Pendereckiego, a zawiadowanego obecnie przez Europejskie Centrum Muzyki imienia sławnego kompozytora. Tam kierujemy się do altany usytuowanej w kącie parku, aby podziwiać prace fotograficzne Stanisława Kusiaka. W całym tym projekcie jedyne prace artysty – fotografika, mimo to pasujące do całego projektu jak ulał, no bo przecież ileż niewymownych tajemnic skrywały takie altany, celowo postawione gdzieś w kącie parku ? Tymczasem nieopodal, wokół wysokiego drzewa, ustawiony został krąg głów połykających się nawzajem węży. Gdyby to nie był park dworki, a jakiś las, to drzewo i wokół niego krąg kamieni kojarzy się z ludową magią, szeptuchami, albo i o zgrozo ! Czarownicami!
Idziemy bliżej dworu i tuż przy dworze sielski widok. To instalacja pokazująca zwyczaj zdobienia wiejskich obejść kwiatami popularnie zwanymi "Krakowiakami". Któż z mojego pokolenia nie pamięta wiejskich ganków ozdobionych tymi kwiatami, rzadziej w donicach ustawionych w oknach , a częściej właśnie w taki sposób; posadzonych w pudełkach po margarynie uwieszonych na drewnianych konstrukcjach zmyślnie powiązanych i udających zwierzęta domowe. - Nie bardzo to pasuje do dworu – kryguje się autor instalacji – ale ja pamiętam to z babcinego domu. No tak – myślę sobie – ja też i może jeszcze bardziej. Z tym, że wówczas w epoce PRL-u i jego schyłku, zadbanych dworów było niewiele w Polsce, a drewnianych domów wiejskich aż nadto. Gdyby funkcjonowały ziemiańskie dworu tak jak przed wojną, to kto wie ? Może i byłyby "Krakowiakami" przyozdabiane, może bardziej na bogato niż to co pamiętamy z dzieciństwa. Taki to los naszej biednej Polski napadanej co raz od dowolnej strony.
Mijamy dwór i idziemy w stronę mauzoleum Fausta Socyna, ale to nie jest nasz cel, tylko kolejna altana, która w odróżnieniu od tej Kusiakowej jest jasna, a w niej ołtarzyk. Na tym ołtarzyku miast świętych obrazów autor postawił swoich przodków. Genialnie
! I gdy już wiem jakim zdaniem opisać cała tą niezwykłą spacerową wystawę, a na polu (jak to mówią w Małopolsce) robi się już ciemno, prowadzą nas do części parku dworskiego z krótko przystrzyżoną trawą i sporych rozmiarów labiryntem majaczącym z nieznacznym oddaleniu. Na tym, po angielsku utrzymanym, trawniku jest nijak niepasująca tu łatka, to łatka kukurydzianego pola. Tak dotarliśmy do mety wystawy "Miedzą."
Nie wiem jakie było założenie tej wystawy w sensie kulturowo – edukacyjnym. Organizatorzy i autorzy artystycznych instalacji mówili ascetycznie o swoich inspiracjach, ale zaraz dodawali; niech każdy sobie wyobrazi to, co mu własna wyobraźnia podpowiada. No więc korzystam z tego przywileju i pisze czarno na białym: Nie wiem co autorzy wystawy mieli tak do końca na myśli, ale wyszła z tego fantastyczna alegoria dziedzictwa polskiej wsi – od ciężkiej pracy na roli, poprzez ludową kulturę, wierzenia i podania ludowe, ludzkie miejsce na ziemi oraz plony jakie ta ziemia daje, po centrum życia wiejskiego, jakim do niemal połowy XX wieku był dwór szlachecki.
Za to chciałem podziękować i pokłonić się nisko do ziemi.
Tekst: Kazimierz Dudzik, foto: Stanisław Kusiak.
Uroczystości rocznicowo – patriotyczne w Gminie Zakliczyn
Jesień – co wynika z kalendarza historycznego – jest czasem organizacji w Gminie Zakliczyn uroczystości rocznicowo – patriotycznych. W 2022 roku rozpoczęły się one 11 września od uroczystości „75. rocznicy śmierci mjra Jana Dubaniowskiego „Salwy” w Rudzie Kameralnej. Gościem specjalnym wydarzenia była córka Majora, Maria Dubaniowska – Guzdek.
Jak doszło do śmierci kapitana Jana Dubaniowskiego „Salwy”, który kilka lat temu pośmiertnie został awansowany do stopnia majora ? Aby to przybliżyć, skorzystam z artykułu zamieszczone na stronie IPN pod tytułem - Kpt. Jan Dubaniowski „Salwa” i Oddział Partyzancki „Żandarmeria.”
Oto fragment dotyczący ostatnich tygodni życia mjra Jana Dubaniowskiego „Salwy”:
„ W sierpniu 1947 r. w Kłaju (pow. bocheński) „Salwa” wraz z kilkoma dawnymi podkomendnymi stworzył oddział, który kontynuował działalność zbrojną. Według UB, w jego składzie oprócz Dubaniowskiego , jako dowódcy, znalazło się jeszcze sześć osób: Eugeniusz Gałat „Sęp” (z-ca dowódcy), Władysław Migdał „Ordon”, Józef Garścia „Zryw”, Zdzisław Konieczny „Ryszard”, Kazimierz Trzecki Ostoja”, Władysław Niemiec „Grab”.
W zmienionych warunkach politycznych i militarnych była to raczej grupa przetrwania niż oddział partyzancki. Pierwszorzędną potrzebą oddziału było zgromadzenie zapasów, które pozwoliłyby przetrwać zimę. Jak dotychczas prowadzono akcje rekwizycyjne przede wszystkim w sklepach i instytucjach państwowych. Jednak warunki działalności były o wiele trudniejsze niż przed rokiem 1947. Przede wszystkim UB było już strukturą silną, dysponującą o wiele liczniejszą siecią agentów i informatorów oraz w pełni kontrolowało sytuacje w terenie. Standardowa taktyka partyzancka polegająca na nieustannych zmianach miejsca pobytu oddziału okazywała się niewystarczająca. „Salwa” podjął więc decyzję przesunięcia grupy w bardziej sprzyjające partyzantce górzyste tereny Beskidu Sądeckiego.
Przemarsz w tamten rejon rozpoczęto w ostatniej dekadzie września 1947 r. 26 września partyzanci zatrzymali się na melinie w miejscowości Ruda Kameralna w gospodarstwie Jana Rysia. Partyzanci kwaterowali tam w porozumieniu z sołtysem Franciszkiem Zabrzańskim, z którym dla ochrony gospodarzy przed konfidentami i represjami UB ustalono kiedy i w jaki sposób zostanie złożony meldunek o partyzantach na milicji.
Jednocześnie „Salwa” chciał wykorzystać pobyt w okolicach przelotowej drogi Brzesko – Nowy Sącz dla dokonania kolejnych konfiskat. 27 IX 1947 r. dwaj jego podkomendni ustawili na trasie posterunek, który kontrolował przejeżdżające pojazdy i ich pasażerów. Osoby prywatne po kontroli puszczali wolno. Poszukiwali towarów albo funduszy państwowych. Cel zrealizowali, kiedy zatrzymali ciężarówkę, którą jechał Stanisław Fijałek, kierownik skupu owoców Spółdzielni Rolniczo-Handlowej z Nowego Sącza. Partyzanci skonfiskowali 286 tys. zł. państwowych pieniędzy, a kierownika i pasażerów puszczono wolno.
Już sama akcja była dużą nieostrożnością. Popełniono także kolejne błędy. Partyzanci zamiast szybko dokonać zmiany miejsca przebywania, wrócili na kwaterę oddziału. W tym czasie Fijałek na posterunku MO w Zakliczynie złożył doniesienie o stracie przewożonej przez niego kwoty. Szybko zaalarmowane PUBP w Brzesku jeszcze tego samego dnia zorganizowało akcję pościgową i z miejsca zdarzenia ubowcy dojechali do najbliższej wsi – Rudy Kameralnej.
Tam łatwo odnaleźli kwaterę partyzantów. Doszło do starcia, w wyniku którego poległ dowódca oddziału Jan Dubaniowski „Salwa”. Pozostali zdołali się wycofać pod ostrzałem i powrócili w okolice Kłaja.
Major Jan Dubaniowski jako jeden z nielicznych dowódców antykomunistycznego podziemia posiada swój grób. Został pochowany na cmentarzu parafialnym w Zakliczynie. Jest to miejsce jak najbardziej godne tego dowódcy - spoczywają na nim m.in. żołnierze z okresu I wojny (235 mogił pojedynczych i 2 zbiorowe), żołnierze 38 pułku piechoty WP z kampanii wrześniowej 1939 r. oraz mjr Kazimierz Bojarski „Kuba” z I pułku piechoty Legionów Polskich z 1914 r. Grób kpt. Dubaniowskiego „Salwy” można odnaleźć idąc wzdłuż cmentarza wojennego od strony bocznego wejścia po prawej stronie na skrzyżowaniu alejek.”
25 września w Jamnej odbędzie się uroczystość związana z 78. rocznicą pacyfikacji Jamnej i partyzanckiej bitwy batalionu „Barbara” 16 p.p. AK. Przeżycia mieszkańców Jamnej z tamtych okrutnych dni zebrał i opublikował Maciej Kozłowski, w 30 rocznicę bitwy i zostały one opublikowane w czasopiśmie “Wieści” nr 41 z 13 października 1974 roku. Oto krótki cytat:
“W piwnicy u Potoka ze dwudziestu ludzi siedziało. Więc jak przyszli i zobaczyli, to zaraz zaczęli krzyczeć: “Wychodzić. Wychodzić”. Pierwsza wyszło Potokowa z rocznym synkiem na ręku. położyli ją zaraz na progu, serią z automatu. tak samo Marię Stanuch, która też wyszła z małym dzieckiem. Dwaj chłopcy od Potoka myśleli, że uda im się przeskoczyć do lasu; nie przebiegli nawet dziesięciu metrów. Ale Niemcy bali się wejść na dół do piwnicy. Jak zobaczyli, że nikt więcej nie wychodzi, to podpalili chlewiki, co stały dookoła. Na dole zrobił się żar nie do wytrzymania, dym gryzł w oczy, jednak stary Potok nie pozwolił nikomu więcej wyjść. Leżeli na podłodze odmawiając litanię. Kiedy i chałupa stanęła w ogniu, Niemcy w końcu odeszli. Wtedy stary kazał wychodzić po jednemu, skakać przez płomienie i biec na dół lasu poparzeni, na wpół uduszeni, dotarli do zbawczych zarośli. Byli uratowani. Tymczasem Niemcy szaleli już w całej wsi. Mszcząc się za przegraną bitwę podpalali dom za domem. Gdy ktoś nie chciał wyjść, płonął żywcem, tak jak stara Brończykowa.”
1 października (wyjątkowo w sobotę, (a nie jak dotychczas w niedzielę) odbędą się w lasach Woli Stróskiej uroczystości 78. rocznicy obławy niemieckich oddziałów na szpitalik partyzancki AK. O wydarzeniach na Mogile wspominał w rozmowie z Pawłem Kubisztalem, Tadeusz Lipski ps. „Bojowiec”, który jeszcze kilka lat temu uczestniczył w uroczystościach rocznicowych w lasach Woli Stróskiej. Oto fragmenty tej rozmowy opublikowanej na stronie www.brzesko.ws :
„ 5. października. Fatalny dzień. Pochmurno, deszcz pada, zimno. To był dzień, który miał dla mnie wielkie znaczenie. Pamiętam, że były rozstawione czujki, ja zszedłem z patrolu, zostałem podmieniony przez któregoś z kolegów, w ziemiance nie było co robić, więc trochę w karty się grało, ktoś polegiwał. Było po południu, dzień był już dosyć krótki, szybko zapadał zmrok, las, chmury, mgła. Jednym słowem, było bardzo nieprzyjemnie.
Jest około piętnastej. ?...?. Na pewno była godzina piętnasta, może piętnasta z minutami, kiedy ktoś koło nas przebiegł z krzykiem:
-Alarm! Niemcy idą! Podejść pod szpitalik!
Ten mój, nazwijmy to bunkier, czy ta ziemianka znajdowała się od szpitalika na dole, tak w metrach to było jakieś 300 może 400 metrów. Kolejna komenda:
Brać ze sobą broń i pod szpitalik!
/.../Nie mam na to tak zwanych twardych dowodów, ale, moim zdaniem, ta cała akcja to była zdrada.
jest mi wiadomo, że Niemcy byli przyprowadzeni przez kobietę, nie znam jej nazwiska, ze wsi Borowa. To była biedna kobieta, której w tym samym dniu patrol partyzancki chciał wziąć jakąś kurę czy coś do jedzenia, bo myśmy w pewnym okresie przymierali głodem na tej Mogile. A tak na marginesie, to pewnego dnia brałem udział w transportowaniu na wzgórze 400 – 500-kilogramowego woła, którego dał nam Śpieszny, właściciel okolicznych majątków i lasów; on należał do AK. Raz przymieraliśmy głodem, a innym razem mogliśmy się choć przez parę dni najeść do syta.
Mówi się, że Niemcy przyszli od strony szpitalika w kierunku na dzisiejszą mogiłę Mossoczego, ale to nieprawda. Oni przyszli z Borowej. Tam prowadziła niedługa stroma ścieżka, tylko pieszo można było iść i wychodziło się prosto na wieś.
Pomijając mgłę, mżawkę, kiepską widoczność, może i dlatego nas zaskoczyli, bo trzeba przyznać, że zaskoczenie było całkowite tym bardziej, że o tej godzinie, że od Borowej. Ranni i chorzy partyzanci przebywający w tym szpitaliku mieli broń, nie wiem czy sprawną, bo Niemcy tę broń zabrali. Kiedy umilkły niemieckie strzały, myśmy chcieli powoli wstać i podejść bliżej, bośmy tak naprawdę nie mieli zielonego pojęcia, czy ten szpitalik się obronił, czy nie. „Mars” zarządził, żeby poczekać, aż sytuacja choć trochę się wyjaśni. Muszę wspomnieć, że w takich momentach cały życiorys staje człowiekowi przed oczyma, w przeciągu kilku sekund przechodzi, ale pamiętam, że gdy „Mars” zakomenderował: Naprzód!, to ja jeszcze tak na moment się zatrzymałem i tylko tak pomyślałem: Boże, jestem młody i chcę żyć, ale jeżeli moje życie ma się przyczynić chociaż odrobinę w jakikolwiek sposób dla dobra Ojczyzny, Narodu, to oddaję życie.
Ponieważ panowała cisza, podeszliśmy jakieś 10 – 15 metrów w kierunku szpitalika. Nagle zobaczyłem mężczyznę uciekającego od strony szpitalika w kierunku, gdzie obecnie stoi pomnik Mossoczego; jakieś 20 metrów przed tym miejscem były dość rozrośnięte krzaki i do nich zmierzał ów mężczyzna. Nie dość dobrze widziałem, ale chyba był ubrany w jakąś taką kurtkę czy pelerynkę, a w prawej ręce miał albo dużą chusteczkę do nosa, albo ręcznik. Ktoś z partyzantów potem mówił, że to było prześcieradło, ale to chyba nie jest teraz takie ważne. Uważał, że mężczyzna krzyczał, iż się poddaje, żeby nie strzelali do niego, ale cały czas uciekał. Mam pytanie: czy gdyby był stanął i z tą chustką, może Niemcy wzięliby go do niewoli? Wątpię, ale może. Natomiast trzymanie białej flagi czy białej szmaty w tym wypadku i do tego uciekanie, no to, moim zdaniem, nie jest poddawanie się.
Nagle słyszymy strzały z broni maszynowej. To strzelają Niemcy. Uciekający schował mi się tymczasem za te krzaki, ale za moment, tak trochę od drugiej strony, widzę jedną czy dwie, bo to się już zacierało przez złą widoczność, postacie, które jeszcze strzelały, a potem podeszły pod krzaki. Przez moment było cicho, a potem jeden, dwa, a może pięć pojedynczych strzałów. To było dobicie, a uciekającym był Władek Mossoczy. Jak się potem okazało, najpierw dostał w nogi. Widać Niemcy chcieli go koniecznie wziąć do niewoli, nie wiedząc, kto to jest i dlatego poszła seria po nogach. Wtedy dopiero zaczął krzyczeć, jak dostał w te nogi i runął na ziemię....”
W ramach cyklu uroczystości rocznicowo – patriotycznych w Gminie Zakliczyn zaplanowano łącznie na terenie pięciu miejscowości: Rudy Kameralnej, Jamnej, Woli Stróskiej, Charzewic i Słonej.
Tekst z wykorzystaniem źródeł podanych w artykule: Kazimierz Dudzik, plakaty: Stanisław Kusiak
Poezja patriotyzmu
Studio Form Teatralnych „Scena Jordana” działające przy Zakliczyńskim Centrum Kultury zaprasza na premierę kolejnego spektaklu, który zostanie wystawiony 22 września 2022 roku w sali im. S. Jordana – początek o godzinie 18 – tej.
„Poezja patriotyzmu” to sztuka teatralna opowiadająca wierszem i refleksją o patriotyzmie, nie w sposób sztampowy, ale tak jak o patriotyzmie pisali najwięksi w tej materii polscy szermierze pióra – od Kochanowskiego, poprzez autora słynnego wiersza "Kto Ty jesteś ? Polak mały" Władysława Bełzę, Jana Brzechwę, Kazimierza Brodzińskiego, Antoniego Słonimskiego i Czesława Janczarskiego po Marię Konopnicką i Cypriana Kamila Norwida.
"Poezja patriotyzmu" też refleksja na temat patriotyzmu takich postaci jak Adam Kazimierz Czartoryski czy bł. Stefan Wyszyński - Prymas Tysiąclecia.
Sztuka kończy się utworem „Dwór w Lipinach” Kazimierza Brodzińskiego. Autorem scenariusza jest Kazimierz Dudzik, a spektakl reżyseruje Halina Machel.
Na scenie wystąpią najmłodsi aktorzy SFT „Scena Jordana”: Maja Wąs, Anna Rodzik, Weronika Malisz, Magdalena Hekłowska, Karolina Malik, Patrycja Kiełbasa, Adam Gaura, Magdalena Sowa, Maja Soból, Justyna Łazarska, Oliwia Kubicz i Zuzanna Soból.
Projekt Stowarzyszenia „Klucz” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury.
Tekst: Kazimierz Dudzik, plakat: Stanisław Kusiak


























